Najlepszy sklep na Wyspie

Dobry Pasterz to jedyne miejsce na Islandii, gdzie bezkarnie można wyrzucać anioły do kosza. Obrazy i figurki z cherubinami wędrują do kontenera razem z pudłem zawierającym rodzinne zdjęcia Jóna Jónssona, toaletką niedawno zmarłej Eydis, elementami wyposażenia kuchni – nożami o tępym ostrzu, kubkami z Batmanem, miskami pamiętającymi wojny dorszowe. Maleńkie porcelanowe skrzydła pękają pod butami dwudziestopięcioletniego Thora. Okruchy zmiatane są na koniec pracy. Skrzynki bez kluczy, ozdobione dekupażem z wpatrującymi się w niebo amorami czasami uda się sprzedać. Dobry Pasterz to najlepszy sklep na wyspie. 

 

W 1991 kilku starszych pracowników miejscowej firmy SORPA, zajmującej się w Islandii wywożeniem odpadów, zauważyło że ogromna ilość mebli i artykułów gospodarstwa domowego, trafia do śmietnika. Obok masowo sprowadzanych z zagranicy krzeseł i sof, znajdowano kultowe meble “Tech” z przełomu lat 50’ i 60’, obok zestawu zwykłych naczyń, fińską ceramikę Iitalla lub Arabia, ze stosów płyt winylowych wyławiano pierwsze wydania The Beatles i Rolling Stones (z autografami!). Mężczyźni postanowili wziąć sprawy w swoje ręce – dać drugie życie “niepotrzebnym” rzeczom, a jednym z głównych powodów ich działania był wstyd za to, że na wyspie, pomimo ciągle żywej pamięci o gorszych czasach, marnuje się tyle artykułów, które można ponownie wykorzystać. 

Początki wcale nie były trudne – na Islandii wszystko, nawet codzienne problemy, dzieje się w mikroskopijnej skali. Przez ponad dwadzieścia pięć lat “Dobry pasterz” zmieniał nazwę, miejsce zameldowania i logo. Przez magazyny przewinęło się dziesiątki pracowników i setki tysięcy kupujących. W 2019 roku sklep ma już siedmiu właścicieli, a dziennie pojawia się tu więcej klientów niż we wszystkich punktach sprzedaży alkoholu w całym Reykjavíku – ponad dwa tysiące osób. 

– Dziś przed wejściem stało tylko czterdziestu siedmiu klientów – mówi były szef “Dobrego Pasterza”, Friðrik Ragnarsson. – Codziennie staram się ich policzyć. Bywały dni, że kolejka do nas liczyła prawie dwieście osób. Cieszy mnie, że taki sklep istnieje. Mieszkańcy Reykjavíku mają świadomość, że zamiast wyrzucać coś sprawnego, mogą to po prostu komuś sprezentować. Gdyby nie zorganizowano specjalnych miejsc do oddawania, prawdopodobnie mnóstwo dobrych rzeczy wylądowałaby na wysypisku śmieci.  

 

Lepiej wyrzucić niż naprawić

“Dobry Pasterz” (isl. Góði Hirðirinn), przyjmuje dziennie od dziesięciu do kilkunastu ton ludzkiej życzliwości. Choć ostatnio jest jej zdecydowanie mniej niż kilka lat wcześniej. Wszystko zapakowane w kontenery o pojemności około 40m3, przywożone przed ósmą na ulicę Fellsmúli 28. Dla jednych to śmieci, dla innych rzeczy zdatne do ponownego użytku, a dla wielu z klientów sklepu skarby, których odkrywanie każdego dnia stanowi jego punkt kulminacyjny.  

– Polacy nazywają ten sklep “używakiem” lub “badziewiakiem”, ale to nie jest tego typu miejsce – mówi Krzysztof Cugier, od pięciu lat regularnie odwiedzający “Dobrego pasterza” niemal codziennie. – Mieszkałem chyba we wszystkich krajach na północy Europy. Ludzie z krajów nordyckich różnią się od Polaków tym, że wyrzucają dobre rzeczy, bo stać ich na nowe. W Polsce je naprawiamy, bo, co tu kryć, nasze wypłaty różnią się w znaczny sposób. Właśnie dlatego wiele ze znalezionych tu towarów nie ma nic wspólnego z badziewiem, jakie możemy znaleźć na wielu pchlich targach. Dlatego też Islandczycy mówią na to “Polska Ikea”, bo my potrafimy tu kupić, naprawić i sprzedać to później w jeszcze wyższej cenie. 

Choć najsłynniejszy na “wyspie lodu i ognia” second hand sprzedaje też ubrania, to ponad dziewięćdziesiąt procent towaru na półkach stanowią rzeczy codziennego użytku: artykuły gospodarstwa domowego, płyty, zabawki, książki, sprzęt sportowy, lampy, meble, instrumenty, sprzęt RTV/AGD, stoły do gry w ping ponga czy snookera, a czasami deski surfingowe i pianina. Zdarza się, że do magazynu przywożone są niesprzedane towary z innych sklepów, np. ogrodniczych, elektrycznych lub drogerii. W takie dni, podczas promocji, można nabyć sprzęt do pielęgnacji ogrodu za 50 ISK (ok. 1,60 zł), kolana odpływowe czy płyty winylowe za 10 ISK (30 groszy), albo przyzwoite okulary za 100 ISK (ok. 3 zł). Każda wizyta w “Dobrym Pasterzu”, to dla wielu klientów jak chodzenie po bankiecie, tyle że na stołach leży nie jedzenie, a dobra materialne. Co jakiś czas można znaleźć też sprzęt oryginalnie zapakowany w pudełku.  

Góði Hirðirinn to nie jedyne miejsce, które zajmuje się tą formą działalności charytatywnej w Islandii. Podobnie działają dwie placówki na wyspie – w Akureyri oraz Keflavíku. Jednak to właśnie “Dobry Pasterz” zyskał sobie największą sławę. Klienci sklepu przyjeżdżają tu nawet z oddalonego o siedemset kilometrów Neskaupstaður. Rano idą na zakupy, zatrzymują się po południu u rodziny następnego dnia, z przyczepą pełną mebli, obrazów oraz sprzętów kuchennych, udają się w drogę powrotną. 

 

 

Björk pomiędzy półkami

Sklep przez lata zyskał ogromną, jak na Islandię, popularność. Świadczą o tym chociażby wizyty składane przez znanych aktorów i piosenkarzy, lokalnych polityków, a nawet byłego prezydenta Islandii, Ólafura Ragnara Grímssona. 

– Przychodzę tu, ponieważ nie ma drugiego takiego sklepu na wyspie, w którym można znaleźć tyle oryginalnych i wyjątkowych rzeczy – mówi Anna Jónsdóttir, czterdziestoletnia mieszkanka Reykjavíku. – To miejsce odwiedza tak dużo znanych ludzi właśnie dlatego, że można tu kupić przedmioty z duszą, historią i po przejściach. Czasami można sobie pofantazjować kim był właściciel… – wskazuje na dział z elektroniką, – O! Na przykład tego dziwnego radia, dam sobie rękę uciąć, sprowadzonego ze Stanów, czy tamtej lampy z Ikei, którą ktoś z wizją zamalował kwiatami. 

Pomiędzy półkami spotkać można znanych radiowców, ludzi telewizji czy właścicieli firm turystycznych. Kilka razy w roku sklep odwiedza gwiazda światowej muzyki, Björk oraz gwiazdy lokalnego kina, jak Halldóra Geirharðsdóttir czy reżyser Hrafn Gunnlaugsson. Swojego czasu wizytę złożyła tu też modelka i aktorka Eva Mendes, a także irlandzki muzyk i kompozytor Damien Rice.   

– Pomimo tego, gdy przychodzi do nas telewizja, wielu klientów ciągle odczuwa wstyd, że kupują w second handzie i proszą o zasłonięcie twarzy lub znikają z oka kamery – mówi Friðrik Ragnarsson. – A jeśli gwiazdy są naszymi klientami, to czego tu się wstydzić? Poza tym na Islandii nie robimy z tego wielkiej sprawy. Celebryci to ludzie tacy jak my. Nikt tu za nimi nie biega, prosząc o autografy. Nikt nie robi zdjęć z ukrycia, bo to poważny nietakt. Bardzo szanujemy czyjąś prywatność.    

 

 

 

Wszystko da się sprzedać

Ponad połowa zatrudnionych w Góði Hirðirinn zaczyna pracę przed ósmą. Wybijają numer na wiszącym przy wejściu telefonie, słyszą mechaniczny głos “Zalogowałeś się. Dziękuję bardzo”. Krótkie powitanie z pozostałymi, dwa szybkie pytania: ile kontenerów dziś do przerobienia, jakie nastroje panują wśród pracowników. Wózki na kółkach o pojemności dwóch metrów sześciennych wędrują do sklepu, turkocząc na posadzce. Dziś jeszcze się przydadzą. 

Otwarcie każdego kontenera to niemal zawsze utrata kilku rzeczy. Wypadają talerze, kubki, czasami odtwarzacz CD lub telewizo. Oddane dobra wysypują się na betonową posadzkę, choć większość stara się niczego nie upuścić. Niemal każdy z przedmiotów w kontenerze da się sprzedać, a co za tym idzie – pomóc potrzebującym. W kolejce stoi kilku pracowników, przez ich ręce wędruje wszystko, co mieszkańcy Islandii zostawili przez ostatnie kilka dni w pięciu punktach rozsianych w Reykjavíku. Meblami w większości zajmują się mężczyźni, choć i kobiety potrafią poradzić sobie same z wielkimi sofami czy stołami, które trzeba przeciągnąć do magazynu lub wyrzucić, jeśli ich stan nie pozwala na sprzedaż. Plamy po kawie na poduszkach, ogryzione przez psa rogi kanapy, wyszczerbione brzegi, kaseciaki z lat 90-tych, popękane pudełka, podręczniki do nieistniejących systemów edukacji, połamane wędki, kasety video oraz anioły we wszystkich postaciach. Pracownicy starają się nie wyrzucać dewocjonaliów czy narodowych symboli. Jednak niedawno w jednym z kontenerów przywędrował kompletny mundur SS-Mana używany niegdyś w rekonstrukcjach historycznych. Po krótkich oględzinach wylądował w koszu. Młodzi Islandczycy wyjęli go stamtąd i w połowie zafascynowani, w połowie przerażeni, bawili się opaskami ze swastyką. Na wyspie nikt nie poczuł prawdziwej wojny. 

Wózki, w których segreguje się przywiezione w kontenerach przedmioty, zapełniają się mniej więcej co dziesięć minut. Zabawki, narzędzia, piłki i filiżanki wypełniają je po brzegi. Wszystko znajduje swoje miejsce w odpowiednich działach. Zawsze po rozładowaniu kontenera, co trwa od trzydziestu do sześćdziesięciu minut, pracownicy idą na krótką przerwę na kawę lub papierosa. W letnie piątki podczas przerwy o jedenastej, gdy pogoda dopisuje, wszyscy jedzą potrawy z grilla na świeżym powietrzu. Do południa metkuje się większość produktów, przykleja ceny, układa na odpowiednich półkach. Dokładnie w południe następuje otwarcie sklepu.  

 

 

 

Kryzys jak fala

Dobry Pasterz to jednak nie tylko miejsce, w którym można zaopatrzyć się w potrzebny sprzęt, kupić tanio książkę czy plecak. Bo skoro jest pasterz, muszą być i owce, którymi się opiekuje. Te pojawiają się raz do roku, gdy zarobiona przez ostatnich 12 miesięcy suma jest rozdzielana pomiędzy instytucje charytatywne dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Przez ostatnie 17 lat firma przekazała na cele dobroczynne ponad 200 milionów koron (prawie 7 mln złotych). 

Ludzie oddają rzeczy za darmo, jednak sklep, pomimo tego że jest częścią firmy SORPA, musi zapłacić za każdy kilogram “odpadów” otrzymywanych w kontenerze, zarówno tych, które sprzeda, jak i tych, które trzeba później wyrzucić.

– Zatrudniamy dwadzieścia jeden osób na pełny etat i cztery na pół etatu. Gdy zapłacimy wszystkie pensje, rachunki za prąd, wynajem hali, opłacimy transport kontenerów i zamkniemy rok finansowo, reszta pieniędzy, zawsze przed Wigilią, zostaje przez nas rozdysponowana na cele charytatywne. Wspieramy przede wszystkim Czerwony Krzyż, organizacje opiekujące się samotnymi matkami, organizacje kościelne, kupujemy komputery do różnych placówek, część pieniędzy przeznaczamy na jedzenie dla potrzebujących, a czasami na pojedyncze projekty, jak wózek lub winda dla niepełnosprawnego dziecka. 

Według wielu z klientów sklepu, to, że ludzie oddają mniej rzeczy, to wynik nadchodzącego kryzysu, który już raz nawiedził Islandię dziesięć lat temu. Tym razem jednak ma być to kryzys o innej twarzy. Według Friðrika Ragnarssona to, że w magazynie było niegdyś więcej przedmiotów, również mogło być spowodowane nadmiarem. 

– Była to fala wznosząca, która właśnie opada. Mam nadzieję, że nie pozostawi za sobą na wyspie kolejnego kryzysu. W tej chwili ludzie mają pieniądze, wypłaty są w porządku, ale nie chcą już więcej używać zakupionych niegdyś rzeczy rzeczy. Mają ich za dużo. Pamiętam jak niedawno jedna z klientek przywiozła sofę, którą kupiła kilka lat temu za 200.000 ISK, wystawiała ją na portalu aukcyjnym kilkukrotnie, za każdym razem obniżając cenę, aż w końcu oddała ją za darmo. Nikt nie chciał tego zabrać. Użyła znanego portalu społecznościowego i umieściła ogłoszenie o darmowej sofie na grupach zagranicznych, a w końcu, gdy nie mogła się jej pozbyć, przyszła do nas. O dziwo sprzedaliśmy tę sofę za całkiem niezłe pieniądze. 

 

 

 

Uzależnieni od śmieci

Do sklepu przychodzi od lat wielu klientów, dla których codzienna wizyta w Gódi Hirdirinn jest jak narkotyk. Są uzależnieni nie od samego kupowania, a od oglądania ciągle świeżego i ciekawego towaru, który zmienia się lub dokłada na półki każdego dnia. Niektórzy klienci to handlarze ze stołecznego pchlego targu zwanego Kolaportið. Przychodzą polować na białe kruki, nieosiągalne nigdzie indziej płyty winylowe, antyki czy elektronikę. Wielu z nich, to samotnicy i ekscentrycy, którzy poza sklepem i wspomnianym wyżej targowiskiem nie mają kontaktu z innymi ludźmi. Jak w każdym miejscu na świecie i tutaj zdarzają się osoby, które kradną drobniejsze rzeczy, zmieniają ceny, a czasami nawet biorą z kolegą kanapę i wychodzą bez płacenia. 

– Nie ma rozróżnienia. Mamy międzynarodową grupę klientów i kradną dosłownie wszyscy. Gdy tłumaczą, dlaczego coś zabrali, zazwyczaj odpowiadają, że to tylko śmieci. Zadajemy im wtedy pytanie: w takim razie dlaczego kradniesz śmieci? Zazwyczaj nie dzwonimy na policję. Zdarza się to może 2-3 razy w roku. Jest za to kilka osób, które mają dożywotni lub roczny zakaz wstępu do sklepu – mówi Friðrik. – Czasami do magazynu przychodzą pomagać drobni przestępcy skazani za jazdę po pijanemu, uliczne bójki, posiadanie miękkich narkotyków. Mają wtedy jedną szansę, tylko raz mogą nie dać znać, że się nie stawią. Jeśli tego nie zrobią, mogą wrócić tam, skąd ich przysłano.

Friðrik Ragnarsson, były taksówkarz, który do niedawna był kierownikiem najlepszego sklepu na wyspie, twierdzi że warto pomyśleć o otwarciu podobnych miejsc we wszystkich dobrze prosperujących krajach. 

– Czy w Polsce też macie takie sklepy, które cały utarg przeznaczają na organizacje charytatywne? Jeśli nie, koniecznie trzeba je otworzyć. Mnóstwo ludzi ma niepotrzebne rzeczy w domu. Nie chcą ich wyrzucać bo to dodatkowe koszty, są też za bardzo przywiązani do starej meblościanki i nie chcą jej niszczyć. Ale gdyby mogli je oddać komuś, kto zrobiłby z tego użytek, byłoby inaczej. Warto zaufać ludziom w tej kwestii. Dobroczynność jest wszędzie, a choć pojawią się tacy, którzy chcieliby na tym zarobić potężne pieniądze, to jednak w końcu wygra właściwa strona. Naprawdę warto ufać ludziom jeśli idzie o czynienie dobra. Na koniec dodam, że pomimo krążących plotek o zamknięciu sklepu, Dobry Pasterz nie zostanie zamknięty nigdy. Będzie trwał, dopóki ludzie będą chcieli pomagać innym. 

Piotr Mikołajczak

 

About Piotr Mikołajczak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *