WWOOFing, czyli co to jest i z czym to się je

Był to rok 2016 i postanowiłam pewnego pięknego dnia by pojechać na wakacje do Szwecji. Moje wyobrażenia nie odbiegały od rzeczywistości i każda opcja wypadała po prostu ZA DROGO. Znajoma znajomej poleciła mi któregoś dnia WWOOFing, czyli World Wide Opportunities on Organic Farms. Wolonatariat, jak to wolonariat, pracujesz za miskę żarcia i dach nad głową.

Co to jest WWOOFing?

Jest to wolontariat na farmach ekologicznych, a każde państwo ma swój odrębny oddział, a każdy z tych oddziałów posiada stronę internetową, na której należy założyć konto. By zostać uczestnikiem takiego wolontariatu należy opłacić swoje roczne członkostwo. Nie pamiętam na ten moment, ile to mnie wyniosło, ale chyba coś około 150 złotych. Szukanie farmy, która mnie zechce, nie było wcale takie proste. Planowałam spędzić miesiąc na szwedzkiej wsi, dla niektórych to było za mało, dla niektórych za dużo, dla niektórych to końcówka sezonu (szukałam czegoś na sierpień), niektórzy odrzucali moją prośbę bez żadnej informacji zwrotnej. W końcu odezwała się do mnie mała rodzinna farma z Härnevi (mała wioska, choć z kościołem, pośrodku niczego, szutrowa droga, brak komunikacji zbiorowej). Właściciele, Tullia i Oscar, sprzedali mieszkanie w sztokholmskim Hjorthagen i kupili farmę na odludziu, choć dwa budynki mieszkalne nadawały się do kapitalnego remontu. To tyle chyba, słowem wstępu. Dodam jeszcze, że mają dwójkę dzieci – Unnę oraz Rubena.

Podróż

Podróż wyglądała mniej więcej tak: Wrocław→ Sztokholm Skavsta→ Sztokholm→ Sala→ Vasteras→ Enköping, skąd odebrała mnie Tullia z dzieciakami. Byłam ogromnie szczęśliwa, że nawet rozumiem, o czym Tullia z nimi rozmawia! Samochód pachniał owcą, a dwuletni Ruben wyglądał jak kopia Emila ze Smalandii. Jak wjechaliśmy na teren ich gospodarstwa to aż sama siebie zacytuję:

tu nie jest lagom, tu jest idealnie

Z perspektywy czasu, chyba jednak nieco wyidealizowanie patrzyłam na tę wieś, ale dla ówczesnej mnie było to spełnienie marzeń.

Jak wygląda gospodarstwo WWOOF-owe?

Mieszkałam w kolejowym wagonie mieszkalnym, tuż przy pastwiskach. Toaleta wiejska, czyli urocza drewniana komórka, z drewnianą skrzynią, a w skrzyni dziura, ale za to było okienko, było serduszko na drzwiach i było też wiadro ze ścinkami z tartaku do zasypywania nieczystości (dobry patent na smrodek). Do tej pory jestem fanką prysznica. Znajdował się w szklarni. Tak, w szklarni stała kabina prysznicowa, baniak z wodą stał na dachu, grawitacja działała, a słońce grzało wodę. Kąpiel miała sens jedynie w sobotę wczesnym popołudniem, gdy kończyło się pracę na roli na dźwięk kościelnego dzwonu (tak, tak, dobrze czytacie). Dlaczego miała sens tylko w sobotę? Od poniedziałku do soboty codziennie się człowiek pocił, częste mycie skraca życie, czy coś. Harcerskie lata zaprawiły mnie w myciu się w misce, także nie narzekałam.

Gospodarstwo składało się z dwóch budynków mieszkalnych – duży, stary dom w centralnej części – rupieciarnia, tkacki warsztat Tulli, stolarnia, tam było wszystko. Wymagał większych nakładów finansowych niż mniejszy dom, więc najpierw zaczęli remont tego mniejszego. Wszystko oczywiście w kolorze czerwieni z Falun, prócz odnowionego niskiego domku ze strychem, który był szary. Oprócz domów była szopa, trochę krzywa, z wysoką kamienną podmurówką, była mała i duża stodoła i taki spichlerz w skale, w którym na pewno mieszkał jakiś troll. Farma była pod lasem, niedaleko rzeki, z dala od głównej wiejskiej drogi. Stado owiec liczyło około 80 sztuk, w tym 8 baranów, jakieś 40 owiec i podobna ilość jagniąt. Były też dwie rasy kaczek i kury, kogut nawet dawał się głaskać! Oprócz tego dwa półdzikie koty i pies Bop. Podobno w jednej ze stodół znajdował się wiejski monopolowy z bimbrem, a stare butelki do tej pory można z powodzeniem znaleźć w niektórych miejscach wsi i pod lasem.

Ich dom składał się z 3 przechodnich izb, był też zagracony strych, gdzie mieściło się też farmerskie biuro oraz przyszła łazienka. Kuchnia typowo wiejska, z piecem z wielkim kominem, drewniana wysłużona podłoga, drewniana ławo-skrzynia przy stole, był tam gdzieś dobrze wypośrodkowany styl, który łączył wszelkie AGD z klimatem wiekowej szwedzkiej wsi. Ściany pomalowane na wszelkie odcienie szarości i beżu przy użyciu ekologicznej domowej farby z jajek i naturalnych barwników z Internetu. Dzieci zażyczyły sobie jednak fioletowy przedpokój, który był wypełniony kaloszami, brudnymi sandałami, sprzętem do wspinaczki i dziecięcymi Kånkenami. Ocieplenie ścian było dość dla mnie kontrowersyjne, gdyż w zasadzie była to słoma, końskie odchody i jakiś beton. Zapach niesamowity, ale po czasie się przyzwyczajasz i już tego nie czujesz. W głównej izbie kuchennej znajdowała się taka belka, która (według tego co powiedział mi Oscar) wyznaczała linię, której gość nie mógł przekroczyć, dopóki nie został zaproszony przez gospodarza, a w związku z tym, że była dość nisko, należało się pochylić, co równocześnie wymuszało pokłonienie się. Sprytni ci Szwedzi.

WWOOFing i trudne początki

Pierwszy dzień zaczął się od wygooglowania jak używa się tunnbröd (teraz się z siebie śmieję!). Codziennie o 8.30 mieliśmy z Oscarem spotkanie w szopie i planowaliśmy sobie dzień. Był początek sierpnia, więc dzieci miały jeszcze 2 tygodnie do rozpoczęcia roku szkolnego. Tullia miała przed sobą tydzień wakacji, więc była na miejscu. Pierwszego dnia mieliśmy do podania owcom środek na biegunkę, przesunąć ogrodzenie pastwiska, bo owce są wybredne i nie każda trawa im smakuje, więc co 2-3 dni trzeba je przeganiać. Poza tym musiałam przesadzić orzechy laskowe i zrobić lunch. Sporo. Jako rodowita Polka włączyłam tryb: harówa. Dopiero po kilku dniach zaskoczył mi szwedzki tryb pracy, milion przerw na kawę, drugie śniadanie, lunch, obiad, siku. Już nie wspomnę, że sama de facto byłam sobie sterem, żaglem, okrętem, bo albo Oscar robił tę cięższą robotę, albo nadrabiał papierologię. Codziennym naszym pomocnikiem był Bop, kilkuletni krótkowłosy Border Collie. Trochę nieposłuszny i czasem za mocno ekscytował się przy pracy ze stadem. Do takich pierwszych wrażeń dodałabym, że przy wieczornych obiadach ja siedziałam w swetrze i długich spodniach, podczas gdy Unna z Rubenem latali boso w samych majtkach wokół stołu.

Miesiąc w ekogospodarstwie

Przez miesiąc moje codzienne zadania różniły się w zależności od potrzeb, ale były to: sadzenie, przesadzanie, pielenie, zbieranie plonów, odchwaszczanie, podlewanie, nawożenie, karmienie i pojenie zwierząt, grabienie różnych leżących rzeczy, przesuwanie ogrodzenia pastwisk, cięcie, rąbanie, układanie drzewa, jazda quadem, ważenie jagniąt, koszenie trawy, karczowanie krzewów, czyszczenie kurnika, zbieranie jajek, przygotowywanie posiłków, zbieranie grzybów i jagód, pieczenie, przygotowywanie zapasów na zimę, łuskanie bobu, zabawa z dziećmi (rzadko), sprzątanie, wyrzucanie nieczystości z latryny, budowanie nowego kompostownika, skubanie zabitych kur, wywożenie kompostu, kopanie dziur i dziurek. Dużo tego było, praca była fizyczna, ale mocno zróżnicowana. Dobrze, że wcześniej miałam doświadczenie z pracą z piłą, podkaszarką, taczką, siekierą. O, ironio! Zamiast tam schudnąć od ciężkiej pracy, to przytyłam od czekolady z solą i ilości pitego pełnotłustego mleka!

W ciągu całego swojego pobytu ugotowałam i upiekłam masę rzeczy. Nie, nie robiłam tego za karę, ale to był chyba ten moment, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że gotowanie naprawdę mnie jara. Podjęłam nawet wyzwanie zrobienia pierogów z serka Philadelphia dla rodziny i przybyłych znajomych. Jedzenie tam było bardzo lokalne i sezonowe. Dieta raczej wegetariańska, od czasu do czasu pojawiało się mięso, ale tylko z farmy. Po sałatę, pomidory, bazylię, lubczyk, marchew, ziemniaki, nasturcje, rzodkiew, bób, pietruszkę, jabłka, koper, truskawki, maliny i jeżyny szło się do ogrodu, sadu czy szklarni, wszystko było pod nosem.

WWOOFing to też zawieranie przyjaźni

Dom odwiedzała spora ilość znajomych, sąsiadów i głównie starsza siostra Tulli z dzieckiem. Raz odwiedziła farmę znajoma, która w wieku lat 17 była na szkolnej wymianie w Szczecinie i bardzo chciała się uczyć polskiego. Nie wyszło jej, co wcale mnie nie dziwi. Najlepszy kontakt złapałam z Rubenem, Unna była dość oszczędna w kontaktach ze mną. Z Rubenem układałam klocki Lego i uczyłam się przy tym szwedzkiego na zasadzie „podaj mi ten czerwony z 8 kropkami”. Czytałam bajki, kalecząc wymowę, oraz odwracałam go do góry nogami i robiłam samolot. Codziennie kilkukrotnie podbiegał do mnie i krzyczał radośnie „Anna, Anna! Upp och ner!” Nosiłam go za kostki, a on udawał, że chodzi na rękach. Urzekło mnie, że dzieciaki tam są puszczone w samopas. Nie ma „nie rób, nie skacz, nie biegaj, uważaj, bo spadniesz, uważaj, bo sobie coś zrobisz”. Robią, co chcą, ale słuchają się kiedy trzeba. Trochę popłaczą, ale są brudne i szczęśliwe. Czego chcieć więcej? Z takich innych kulturowych spostrzeżeń – Tullia miała kompletnie wylane na golenie nóg, gdzie na tamten czas zerowe owłosienie u mnie było wręcz wewnętrznym wymogiem. Nie przejmowali się też czy jadą w brudnych jeansach „do miasta”, nikt się przesadnie nie stroił, wszyscy byli po prostu sobą.

WWOOFing i znajomość języka

Zanim tam pojechałam uczyłam się trochę szwedzkiego sama, a trochę za miliony monet w szkole językowej. Podczas wolontariatu starałam się do dzieci mówić po szwedzku, ile wlezie. Tullia starała się do mnie mówić wolno po szwedzku, Oscar raczej nie przywiązywał do tego większej wagi. Zwyczajowo w porze obiadu każdy dzielił się jakimś przeżyciem z całego dnia i to był taki rodzinny moment, gdy musiałam skleić jakąś sensowną wypowiedź, do tego jeszcze w czasie przeszłym czy perfekt. Sam stres. Kiedyś w drodze do Uppsali graliśmy w słówka. Trzeba było wypowiedzieć słowo, które zaczyna się na tę samą literkę, co ostatnia litera słowa wypowiedziana przez wcześniejszego gracza, chyba każdy w to kiedyś grał. Aczkolwiek największym wyzwaniem było wytłumaczenie ledwo mówiącemu synowi sąsiadki, że jego mama zaraz wróci i że wszystko jest dobrze. Młody zaczął też płakać, bo zgubił buty. Ledwo to zrozumiałam z jego płaczu, ale Unna mi to przetłumaczyła z dziecięcego na mniej dziecięcy. Wzięłam go na ręce, znalazłam buty, pokazałam mu mamę, a jak ogarnął, że mówię po szwedzku, to zaczął coś opowiadać o żółtych pomidorach w szklarni i że ich nie lubi.

Szwedzkie lato

Szwedzkie lato nie pokazało się jednak od swojej znanej wszystkim strony. Było dość sucho, więc mieliśmy zakazane kąpiele, bo studnia prawie wyschła. Później był zimny i deszczowy tydzień, a może i dwa, czyli po staremu. W ostatnim tygodniu żar lał się z nieba. Całe 20 stopni (!), ale nie mogłam znieść tej temperatury i pracowałam w sportowym staniku i krótkich spodenkach. Tak zdążyłam przywyknąć do permanentnej temperatury oscylującej w granicach 15 stopni, że zapomniałam co to znaczy 32 stopnie wrocławskiego skwaru.

Z perspektywy czasu stwierdzam, że to był bardzo dobrze spędzony czas, ale byłam niezwykle samotna, mam wrażenie, że trochę na siłę szukałam kontaktu z Oscarem i Tullią, szczególnie w ostatnich dwóch tygodniach. Byłam skazana na siebie, nie miałam z kim rozmawiać, Internet był słaby, a jednak należę do grona ekstrawertyków, więc wyszło jak wyszło. Wydawało mi się, że złapałam dość dobry z nimi kontakt, ale podczas gdy byłam w centrum Sztokholmu podczas zamachu, to nie pomogli mi. Może za dużo oczekiwałam, ale w końcu Tullia ma tam przyjaciółkę, a Oscar ma tam ojca, który żyje bardzo blisko ścisłego centrum. Nie wiem czy jest to najszczęśliwsze zakończenie tej historii, ale uważam to za jedno z lepszych doświadczeń mojego życia do tej pory i zdecydowanie wszystkim polecam wolontariat i ignorowanie wszelkich „za darmo będziesz pracować?!” Bo przecież skoro jedzie się do Szwecji, która w opinii moich znajomych jest miodem i mlekiem płynącym, to przecież za taką pracę powinnam dostać przynajmniej kilkumiesięczne wynagrodzenie przeciętnego Kowalskiego…

Powrót do Polski

Na specjalną wzmiankę zasługuje też mój niezwykle przygodowy powrót do Polski. Wylot miałam o 6.30 ze Skavsty. Plan był taki, że spędzę noc na Sztokholmskim dworcu, bo nie miałam innego sensownego połączenia z Enköping. Pociąg planowo miał być o 21.54, a przyjechał z dwugodzinnym (!) opóźnieniem, siedziałam w windzie i jeździłam tak z plecakiem góra dół, bo strasznie wiało, a stacja oczywiście zamknięta w takich godzinach. Po przyjeździe do stolicy okazało się, że dworzec zamyka się jakoś o północy i nie miałam co ze sobą zrobić przez 3 godziny. Okazało się, że w podobnej sytuacji znajduje się grupa pakistańskich informatyków, którzy byli w drodze do Karlskrony. Zaopiekowali się mną, przypilnowali, gdy spałam i podzielili się jabłkami, a później odprowadzili na przystanek Flygbussarna. Takie szczęśliwe zakończenie!

About Anna Rudownik

Ania o sobie pisze tak: Mam 23 lata, urodziłam się we Wrocławiu i od ponad 3 lat jestem Gdańszczanką. Przyjechałam do Gdańska studiować kryminologię, choć pierwotnym planem była skandynawistyka, ale mi jak z resztą wielu innym osobom, się nie udało 😀 Zostałam kryminolożką by kształcić się dalej w kierunku resocjalizacji. Piszę pracę magisterską o różnicach między polskimi a szwedzkimi instytucjami penitencjarnymi. W wolnym czasie (jeśli taki się znajdzie) przed wszystkim gotuję i piekę chleb, gram ze znajomymi w planszówki, goszczę ludzi w ramach Couchsurfingu, szyję woreczki na zakupy, ogarniam tanie podróże po Europie, spaceruję z adoptowanym psem Flokim po trójmiejskich lasach i plażach, no i uczę się szwedzkiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *