Wyspy Owcze poza utartym szlakiem

Podróże  Wyspy Owcze

Od kilku lat Wyspy Owcze przeżywają proces – nazwijmy go roboczo – “islandyzacji”. Na podobieństwo Złotego Kręgu tworzy się zestawienia farerskich #mustsee. Jak w każdym odwiedzanym miejscu, warto niekiedy zejść z ubitego szlaku i dać się zaskoczyć. W kolejnej notce w ramach Tygodnia Farerskiego chcemy przedstawić nasz subiektywny wybór szlaków spoza instagramowo-fejsbukowych list. Jesteśmy ciekawi czym was zaskoczyły mniej znane Owcze zakamarki.

Kinga Eysturland
Maciej Brencz
Marcin Michalski

Sięgnij po przewodnik kulturowo-turystyczny po więcej miejsc poza utartym szlakiem.

Víkarbyrgi / Hamrabyrgi 

Kinga Eysturland

928 to kod pocztowy Víkarbyrgi, który osada zachowała, pomimo braku stałych mieszkańców. Położona w zatoce Víkarfjørður, od dawna nikt nie mieszka, choć wg. Farerskiego Urzędu Statystycznego, jedna osoba ma tu meldunek. Mieścina składa się z dwóch części zwanych Víkarbyrgi i Hamrabyrgi – rozdziela je potok.Choć osada jest historycznie bardzo stara, jej mieszkańcy przegrali walkę z czarną śmiercią, która przetrzebiła populację w 1349 r. Jedyną osobą, która przeżyła była kobieta o imieniu Sneppan z Hamrabyrgi, jednak ze względu na dużą izolację tego miejsca, zdecydowała się opuścić wieś. ‘

Do momentu wybuchu zarazy, Víkarbyrgi była jedną z największych i najdynamiczniej rozwijających się wsi na Suðuroy. Druga fala osiedleńcza pojawiła się w 1830 r., rozpoczęta przez JógvanaJoensena z Sumby. Wówczas na fali zmian społecznych i przechodzenia od gospodarki wiejskiej do rybnej, na całych wyspach Owczych pojawiło się wiele nowych osiedli ludzkich, zwanych po farersku ”niðursetubygd”. Nazywa się tak wszystkie wsie utworzone sztucznie od XIX w. do współczesności. Wiele z nich nie przetrwało próby czasu, ze względu na regionalizację, a następnie centralizację Wysp Owczych. I chociaż Víkarbyrgi nie było osiedlem nowym, ze względu na jego reaktywację, również zalicza się je do niðursetubygd-ów.

Szczyt populacji przypadł na rok 1906, kiedy to we wsi mieszkało (aż!) 40 osób. Víkarbyrgi to dziś zapomniane przez Boga miejsce, którego próżno szukać na mapach turystycznych archipelagu. Pierwszy raz trafiłam tam przez pomyłkę. Jechałam z koleżanką starą drogą do Sumby, jednak w wyższych partiach zastała nas gęsta mgła. Myśląc, że trzymam się wyznaczonej drogi, ku mojemu zdziwieniu, wyjechałyśmy przy brzegu, ale nie były to brzegi Sumby. Zerknęłam na turystyczną mapę, którą miałam akurat w aucie, ale poza Sumbą, nie było zaznaczonych innych miejsc w tej części wyspy. W osadzie znajduje się garstka domów – przy jednym z nich kręcił się starszy mężczyzna. Zapytałam go wówczas po duńsku (!) co to za miejsce, a on odpowiedział, że to Víkarbyrgi, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Tak oto trafiłam na farerski „secretlevel”.

Víkarbyrgi to ostatnie miejsce na Suðuroy, do którego w 1977 r. wybudowano drogę. Co prawda w tym czasie osada nie miała już żadnych stałych mieszkańców, jednak do wsi od czasu do czasu zjeżdżali chłopi, mający tam swoje owce i gospodarstwa. Dawniej znajdowały się tam również łososiowe kręgi, jednak ostatecznie przeniesiono je w okolice wsi Akrar. Będąc na Suðuroy, warto zapuścić się w te odludne okolice, by w spokoju cieszyć się pięknymi krajobrazami i napawać ciszą.

Vatnsoyrar – Fjallavatn

Maciej Brencz

Liczący 7 km długości szlak do Fjallavatn – drugiego co do wielkości jeziora archipelagu – rozpoczyna się w osadzie Vatnsoyrar. Ta założona w 1921 roku wioska jest jedyną na Wyspach, która nie leży nad oceanem. Podczas drugiej wojny światowej w pobliżu Sørvágur stacjonowały brytyjskie oddziały, a ślady ich obecności przetrwały do dziś także w Vatnsoyrar. Niedaleko boiska znaleźć można dobrze zachowane pozostałości podłogi i kominka z kantyny oficerskiej. W zabudowie liczącej ponad 40 mieszkańców osady z pewnością wyróżnia się, wzniesiony w 1967 roku przez Baptystów, zbór rekolekcyjny Zarepta.

Pierwsze kilometry szlaku prowadzą nas wąską asfaltową nitką, wijącą się wzdłuż rzeki Sjatlá. Pnąca się lekko w górę droga po pewnym czasie urywa się, a naszą wycieczkę kontynuujemy szutrową, coraz węższą ścieżką wśród dzikich farerskich ostępów, otoczeni łąkami i wzgórzami. Tuż przed Fjallavatn dolina rozszerza się, trawiasty krajobraz ustępuje miejsca rozległym mokradłom, a dominującą wcześniej zieleń wypiera brąz.  Warto kontynuować marsz ścieżką wiodącą na północ (tylko pozornie oddalającą się od brzegu jeziora), aby uniknąć czasochłonnego meandrowania w podmokłym, grząskim terenie naznaczonym oczkami oleistej wody. Po dojściu do strumienia zasilającego Fjallavatn, skręcamy w lewo i wzdłuż ogrodzenia docieramy do brzegu jeziora. W jego pobliżu strumyk jest nieco płytszy, co pozwala pokonać go w wodoodpornych butach.

Marsz brzegiem jeziora. fot. Maciej Brencz, Farerskie Kadry

Meandrująca wąska ścieżka prowadzi nas teraz północnym brzegiem jeziora. Niewielkie kamieniste plaże z głazami zachęcają do krótkiego odpoczynku. Zamiast zerkać na ekran naszego, pozbawionego zasięgu, telefonu skierujmy lepiej swój wzrok na okoliczne łąki, bogato zdobione przez wełniankę wąskolistną. Obfitujący w pstrągi Fjallavatn zachęca do zarzucenia wędki.

 Po pokonaniu około dwóch kilometrów docieramy do końca jeziora, skąd podziwiać można surowy krajobraz klifów północno-zachodniego Vágar. Tędy przebiega także Slaettanesgøtan – wymagający górski szlak wiodący z Gásadalur do opuszczonej osady Slaettanes. Dotarliśmy do Norð á Munna – popularnego wśród Wyspiarzy celu letnich spacerów, szczególnie w noc przesilenia letniego.

Po powrocie do Vatnsoyrar warto przejść się nad brzeg Sørvágsvatn, aby obejrzeć wyłaniającą się z głębin rzeźbę legendarnego Nykura dłuta Póla Skarðenni. Swoje kroki skierować można także ku opuszczonemu mostkowi nad rzeczką Sjatlá. Dawniej prowadziła przez niego droga łącząca Sørvágur z resztą wyspy. Obecnie wyłączona z ruchu niszczeje. Dotrzeć nią można pieszo w pobliże lotniska, skąd w drogę powrotną zabierze nas autobus.

Dojazd: autobus linii nr 300 Tórshavn – Sørvágur, przystanek Vatnsoyrar (ssl.foDługość: 15 km (w obie strony) Czas: 3 godziny Ślad GPX: https://pl.wikiloc.com/szlaki-wycieczki-piesze/vatnsoyrar-fjallavatn-46631962

Marsz wzdłuż strumienia zasilającego jezioro. Fot. Maciej Brencz, Farerskie Kadry

 

Miejska włóczęga w krainie pustelni

Marcin Michalski

Farerska przyroda jest oszałamiająca – niebotyczne góry wynurzone wprost z oceanu, rześkość wiatru, zapach morza i traw. Kiedy mogłem, uciekałem na tamtejsze wygwizdowy. Ale lubiłem też wpadać do Tórshavn. Stolica Wysp, choć nadal prowincjonalna, ma kompletnie inną duszę niż reszta archipelagu. W swojej peryferyjności ujawnia akcenty miejskie, ale jest to miasto dziwaczne. Nieoczywiste. Zaskakujące. 

Fot. Marcin Michalski

Tórshavn można przewędrować na sto sposobów i nadal czuć niedosyt. Jeśli będę tam kolejny raz, wypróbuję coś w tym stylu: w sercu miasta przystanek autobusowy Steinatún, kurs linii numer 1 o godzinie 7:26 z peronu północnego. Czerwone autobusy miejskie w Tórshavn są bezpłatne! Jedziemy w kierunku Hamarin.

Pętla końcowa. Stąd miasto wygląda jak spora metropolia. Trudno okiełznać ją wzrokiem. Z dominant: zielony budynek szpitala, baśniowe domki Tinganes, w dalekim tle słupy oświetleniowe stadionu, niczym przewrócony na wznak owad-gigant. Gdyby ruszyć z Hamarin na południowy wschód, dotrzemy na pole golfowe. Były plany, by kiedyś zbudować tam lotnisko. Dziś chcą tylko upiększać plac dla golfistów. 

W sąsiedztwie pętli góruje szkoła „á Argjahamri”. Trzeba tam wejść, zmapować dzieła sztuki farerskich artystów porozwieszane na ścianach i zainstalowane w korytarzach. Taki kulturalny quest.

A potem szybkim tempem w dół aglomeracji. Opuszczając Argir, mijamy starą przędzalnię i skręcamy ku plaży Sandagerði. Może akurat zażywają kąpieli „Poranne pływaczki”? „Kąpiemy się nawet kiedy śnieży. Minerały z soli morskiej i wodorostów pozostają na naszej skórze przez cały dzień” – tak o sobie opowiadały.

Po dziesięciu minutach marszu z plaży jesteśmy na jedynym blokowisku na Wyspach. Czy znacie jego historię? Wiecie kto tam mieszka? Czy jest tam bezpiecznie? Można malować sobie ponure wizje, niczym z kryminałów Jógvana Isaksena, ale lepiej to sprawdzić osobiście. Niech dociekliwość zwycięży. 

A potem miejski slalom: ogródek botaniczny obok uniwersytetu przy Hammershaimbsgøta (a więc na farerskiej ziemi rosną nie tylko ziemniaki, rzepa i rabarabar!), najwyższy budynek w kraju (kościół Vesturkirkjan, 41 metrów), hen w górę miasta obejrzeć piękną architekturę budynku Glasir, a później na północny wschód, zajrzeć do domu pisarza i multiartysty Williama Heinesenagdzie znajdziemy tłumaczenia jego książek na język polski. 

Fot. Marcin Michalski

Za nami niemal 8 km marszu, a to przecież dopiero ułamek Tórshavn. Dalej opcji jest wiele: można zejść w dół miasta, zjeść sfermentowaną wątrobę jagnięcą w knajpie Ræst lub żabnicę w restauracji Fútastova, napić się duńskiego lambica lub farerskiego cidera w Mikkeler. Można poszperać za tanimi skarbami w którymś z second handów albo wstąpić do Galerii Narodowej, obejrzeć monumentalną pracę „Whale War” Edwarda Fuglø – artystyczne zaproszenie do konstruktywnego dialogu na temat farerskich polowań na grindwale.  

Można też obrać kompletnie odwrotny kierunek. W górę Tórshavn. W kamienną pustelnię i na grzęzawiska. Tam, gdzie nigdy nie było miasta, gdzie słychać szept huldufólk, a skamieniałe serca stają się miękkie jak mech.

Fot. Marcin Michalski

Zostaw odpowiedź