Rzecz o vikar(ach) i afløser(ach) czyli o duńskich, nieco dziwacznych formach zatrudnienia

Dania

Gdy jedenaście lat temu przyjechałam do Danii najważniejsze było dla mnie by mieć pracę. Wyrwana z polskiej rzeczywistości, przyzwyczajona do naszych standardów za wszelką cenę chciałam mieć zatrudnienie najlepiej na pełny etat i oczywiście na czas nieokreślony. Zapytana o czym marzę, nawet obudzona w środku nocy odpowiedziałabym jedno: „O kontrakcie na stałe!”

Anna Maria Taszek

Umowę o pracę dostałam. Przepisowe 37 godzin tygodniowo, co drugi weekend w pracy, dzień w dzień na tym samym oddziale z tymi samymi koleżankami. Żyć nie umierać! Dla kogoś, kto dopiero co przyjechał do kraju i nie znał języka, były to wymarzone warunki. Dziewczyny na oddziale były solidne, raczej nie chorujące. Wszystko zatem grało i śpiewało. Aż pewnego letniego, dnia po około dwóch miesiącach, jedna z nich poszła na urlop a druga wywróciwszy się na rowerze złamała rękę. No i zaczęła się polka z przytupem…

W ciągu 3 tygodni przez odział przewinął się korowód różnych pracowników. Niemal codziennie pracowałam z kim innym. Część z nich przychodziła częściej (afløser) innych (vikar) widziałam tylko raz. Niekoniecznie wiedzieli co mają robić, nie znali podopiecznych, stroje pracownicze też mieli inne niż ja. Nie rozumiałam zjawiska i nikt nie potrafił mi go wytłumaczyć. Duńskiego dopiero się uczyłam, a angielski do dziś nie jest przyjaznym dla mnie narzeczem.  Sprawa wyjaśniła się częściowo, gdy po roku zdałam egzamin językowy i dostałam się do szkoły. Zaproponowano mi wówczas pracę jako afløser

Poniżej postaram się wyjaśnić na czym to polega. Zaznaczam jednak z góry, że wiedza moja jest tylko i wyłącznie oparta na moich doświadczeniach związanych z pracą w opiece zdrowotnej. Myślę jednak, że generalne zasady są takie same w każdej branży.

Duńskie smaki – Smørrebrød

 Afløser z czym to się je.

Afløser według słownika Ordnet.dk jest osobą luźno związaną z miejscem pracy, wkraczającą do pracy w razie nieobecności innych.

Dokładnie tak było ze mną. Rano chodziłam grzecznie do szkoły. Popołudniami i w weekendy jeśli zadzwoniono po mnie z domu opieki, szłam na dyżur. Szefowa podpisała ze mną kontrakt, w którym wymieniona była tylko stawka za godzinę. Nie było natomiast podanych godzin tygodniowo. Ani pracodawca mnie nie gwarantował pracy, ani ja nie byłam zobowiązana do przepracowania chociażby jednej godziny. Gdy dzwoniono, pytano zawsze czy mam czas i ochotę popracować. Podawano również, o który odział chodzi, bo jako afløser pracuje się na różnych oddziałach tam, gdzie akurat jest potrzeba. Ode mnie zależało czy przyjdę. Oczywiście jeżeli odmawia się wielokrotnie to ryzykuje się, że nie będą dzwonić, bo afløserów jest wielu i część z nich pracuje „na pełny eta” czyli utrzymuje się tylko z takich „wydzwonionych godzin”, więc biorą chętnie dyżury.

Zresztą ja sama przez ponad rok, w przerwie między pierwszym a drugim stopniem szkoły, pracowałam w ten sposób. Stawkę za godzinę dostawałam taką samą jak inni pracownicy na moim stanowisku, dodatki wieczorne, nocne i weekendowe również. Różnica natomiast była w sposobie wypłacania wynagrodzenia. Afløserowi wypłaca się, po potrąceniu feriepenge (pieniędzy na urlop) całą kwotę w miesięcznym wynagrodzeniu. Pracownikowi stałemu nie są wypłacane wszystkie dodatki. Odbiera je sobie w postaci afspadsering (płatnego wolnego), niestety nie zawsze wtedy, gdy pracownik sobie tego wolnego życzy. Często gęsto jest to wolne ustalone przez szefową, gdy ma za dużo pracowników. Afløsera, z powodu braku godzinowego kontraktu nie można takim afspadseringiem uszczęśliwić na siłę. 

To co charakteryzuje umowy afløserskie to brak czasu wypowiedzenia. Jeśli się nie spodobamy szefostwu to po prostu po nas więcej nie zadzwoni, ale my też z dnia na dzień możemy przestać odbierać telefon…

View this post on Instagram

🇵🇱🇬🇧👇Ulice miasta Næstved, trzeciego co do wielkości miasta Zelandii. Ulicę powyżej ( Riddergade ) uważam za najpiękniejszą w całym mieście. Spójrz na te domy z muru pruskiego, niektóre z czasów króla Chrystiana IV lub ten piękny czerwony budynek z okiennicami😍Czy lubicie takie stare klimaty? Czy wolicie architekturę nowoczesną? ————————————————————————-🇬🇧Streets of the city of Næstved, the third largest city of Zealand. The one above (Riddergade), is in my opinion the most beautiful one in town. Look at those half-timbered houses, some of them from the time of King Christian IV or this beautiful red building with blue shutters😍Do you like such old vibes? Or you prefer modern architecture? #næstved#oldtown#streetphotography#nofilterphotography#danmark🇩🇰#miasto#skandynawia#scandinavia#travelblog

A post shared by IGA – BLOG O DANII🇵🇱🇩🇰 (@via_skandynawia) on

Vikar czyli panienka/pan na telefon.

Vikar jest osobą, która tymczasowo pracuje na stanowisku innej osoby. Vikarzy są zrzeszeni w vikarbureau. Pracodawca, któremu brakuje pracowników dzwoni do biura i zamawia vikar’a na określony czas. Może to być dzień, parę dni, tygodni, miesięcy. Biuro zaczyna obdzwaniać swoich vikarów, gdy znajdzie się chętny na dyżur informują pracodawcę w kłopocie, że mają vikar’a, podają nazwisko i zamawiają dyżur. Vikar dostaje potwierdzenie i lokalizację dyżuru i rusza do pracy.

Są dwa rodzaje vikarów. Jedni pracują jako fuldtidsvikar, czyli tylko jako wolni strzelcy bez żadnego innego, stałego zatrudnienia. Inni tylko sobie dorabiają do stałej pracy.

Po skończeniu drugiego stopnia szkoły weszłam na stronę jobcenter (urząd pracy) i zaczęłam wysyłać anonsy o pracę. Jedna firma VipVikar, dzisiejszy Ajourcare odpowiedziała i zaprosiła mnie od razu na rozmowę do Vordinborg. Zdziwiona pojechałam i okazało się, że to vikarbureau (firma zatrudniająca vikarów). Zaproponowali mi pracę w szpitalu w Næstved jako vikar na różnych oddziałach. Zasadniczo należy mieć dwa lata doświadczenia by zacząć pracę jako vikar w szpitalach. Ponieważ w moim życiu wszystko jest dziełem cudu albo przypadku, wysłali mnie następnego dnia do pracy. Spodobało mi się tak bardzo, że jeżdżę do dziś. Od paru lat nie mamy już szpitala w Næstved, więc zaczęłam pracować w szpitalach na całej Zelandii. Biorę dyżury w szpitalach somatycznych, psychiatrycznych i z dozą pewnej niechęci, w domach starców.

Praca, która daje wolność.

Dziś śmiało mogę powiedzieć, że uwielbiam pracę jako vikar. Daje mi ona niesamowite poczucie wolności. Nikogo nie muszę pytać o urlop. Chcę jechać na święta to po prostu pakuję się i jadę. Mam ochotę pracować w każdy weekend to pracuję. Gdy natomiast mam ochotę iść na ognisko ze znajomymi nie muszę się martwić, że akurat wypada mi pracujący weekend. Ja się po prostu zaznaczam w kalendarzu na czerwono i z głowy. W moim zawodzie, gdzie standardowo ma się wpisane w umowie co drugi weekend w pracy, jest to naprawdę bezcenne.

Pragnę jednak zauważyć, że taki rodzaj zatrudnienia wymaga ogromnej samodyscypliny. Nikt nam nie układa planu pracy. To my sami musimy wyznaczyć sobie czas pracy. Łatwo jest bowiem popaść w skrajności. Nie pójść do pracy wcale, bo mi się nie chce, albo tak jak ja na początku kariery, nie wychodzić do domu…

Pieniądze

Stawki za godzinę pracy są bardzo wysokie. Związane jest to niewątpliwie z tym, że nikt nam nie jest w stanie zagwarantować ile godzin będziemy w tygodniu pracować. Poza tym często telefon dzwoni tuż przed samym dyżurem, wtedy jeżeli chce się iść do pracy, trzeba rzucić wszystko i pędzić. Faktem jest, że pracując cztery dni w tygodniu jestem w stanie żyć na przyzwoitym poziomie, bez konieczności odmawiania sobie czegokolwiek. Oczywiście w granicach rozsądku. Kolejną sprawą jest brak jakiejkolwiek umowy o pracę. Można powiedzieć, że jest to praca od zlecenia do zlecenia. Nie ma zleceń nie ma pieniędzy, a takie momenty się zdarzają. Rzadko, ale jednak. Odprowadzana jest również mniejsza stawka na fundusz emerytalny. Każdy wolny strzelec powinien przemyśleć sobie otworzenie w banku dodatkowego konta emerytalnego. Niewątpliwym plusem jest natomiast fakt,że wypłaty dostajemy co drugi tydzień.

W zasadzie nie przysługują też wolnym strzelcom pieniądze z tytułu choroby. Nie pracujesz to nie zarabiasz, w dodatku nie masz umowy więc nie masz pracodawcy. Nie ma więc w zasadzie kto wypłacić chorobowego. Na szczęście jest inna możliwość, żeby bez stresu pracować w charakterze vikara. Mianowicie każdy średnio rozgarnięty człowiek opłaca a-kassa (ubezpieczenie na wypadek bezrobocia). Gdy choroba zapowiada się na dłuższą zgłaszamy się do a- kasa, jako bezrobotni i po chwili meldujemy, że jesteśmy niezdolni do pracy. Nie do końca jest to może legalne, ale na pewno nie jest zabronione. Poradziła mi to zresztą pracownica ubezpieczalni…

Satysfakcja

Pamiętam jakby to było dziś, strach przed pierwszym dyżurem w obcym miejscu. Jak sobie poradzę? Czy personel i pacjenci zrozumieją mój duński? Czy będę umiała odnaleźć się na obcym oddziale? Jak to będzie być ciągle tą obcą w zespole? Dziś nie jestem w stanie wyobrazić sobie innej formy pracy.

Jako “panienka na telefon” jestem wolnym człowiekiem! Nie interesują mnie żadne konflikty ani układy pomiędzy współpracownikami. Nie muszę brać niczyjej strony. Wchodzę, wykonuję swoją pracę i wychodzę. Liczy się tu i teraz. Przede wszystkim zaś liczy się pacjent.

Po kilku razach na oddziale przestaje się być obcym. Grunt to wyrobić sobie markę, dać z siebie wszystko a przy kolejnym dyżurze często się słyszy ” O jak dobrze, że to ty”. Niesamowitą satysfakcję sprawia też fakt, że człowiek umie się odnaleźć w każdej sytuacji. Natomiast to co urzekło mnie w tej pracy najbardziej to brak rutyny. Praca w szpitalu z definicji jest pracą dynamiczną. Tu wszystko się może zmienić w przysłowiowe pięć minut.Jeśli dołożymy do tego jeszcze faktor pracy na różnych oddziałach i w różnych szpitalach, mowy o nudzie po prostu być nie może.

Jasne, że nie każdy stworzony jest do takiej pracy. Trzeba mieć odpowiednie predyspozycje. Jeśli myślisz o zostaniu vikarem musisz być elastyczny czasowo i silny psychicznie. Dobrze jest być asertywnym, ale trzeba też umieć słuchać innych i potrafić przyznać się do ewentualnych błędów. Przede wszystkim jednak trzeba chcieć ciężko pracować, umieć szybko podejmować decyzję i odnajdywać się w nowych sytuacjach i miejscach. No i oczywiście robić tę masę dziwnych rzeczy z uśmiechem…

View this post on Instagram

🇵🇱Villa Gallina to urocza restauracja położona w lesie nad małym jeziorkiem❤️Należy ona do klasztoru Gisselfeld, do którego nota bene też Was zabierzemy. Villa Gallina to miejsce idealne na spacer o każdej porze roku. Sama restauracja jest otwarta przez większość dni w przeciągu lata, natomiast poza sezonem tylko w weekendy. Miłego poniedziałku ! ————————————————————————🇬🇧Villa Gallina is a lovely restaurant placed in a forest by the little lake❤️The place belongs to Gisselfeld monastery, where we will also take you one day. Villa Gallina is a perfect place for a walk and any time. The restaurant itself is opened seasonally and mostly in summertime. After that only in the weekends. Enjoy fresh air and peace and quiet🙏🏻have a nice Monday ! #travelblog#blogger#travel#livingindenmark#sydkystdanmark#nature#scandinavia#southdenmark#faksekommune#photography#travelphotography#forest#bestnatureshot#las#leśneklimaty

A post shared by IGA – BLOG O DANII🇵🇱🇩🇰 (@via_skandynawia) on

Zostaw odpowiedź